­
  • Soren Kierkegaard - Pisma pozne

📖 Søren Kierkegaard   

Pisma późne

Tłumacz: » Karol Toeplitz   

Cena: 42.00zł

Z “Søren Kierkegaard – Apostoł bez oficjalnego pełnomocnictwa” autorstwa Marii Urbańskiej-Bożek
Søren Kierkegaard nawoływał swoich czytelników do osobistego zaangażowania w lekturę, do głośnego jej czytania tak, aby każde słowo siłą wdarło się w duszę pojedynczego i w niej roznieciło iskrę, która podsycana systematycznie uczciwą refleksją, uwewnętrznioną modlitwą i milczącym trwaniem w obliczu Boga, mogła stanąć w płomieniach i odtąd gorzeć ogniem podsycającym samego siebie. Czy zapłonie on w Tobie Drogi Czytelniku? Nie wiem, nie ma jednak wątpliwości co do tego, iż lektura dzieł Kierkegaarda wzbudza w nas niepokój, zaczynamy bacznie siebie obserwować, badamy prawidłowość swoich odruchów, częściej przeprowadzamy auto-rewizję myśli i swojej postawy.

Opis produktu

Maria Urbańska-Bożek

Søren Kierkegaard – Apostoł bez oficjalnego pełnomocnictwa

Oto Søren Kierkegaard zdaje relację ze swej działalności pisarskiej, sygnuje własnym nazwiskiem sprawozdanie z twórczego dorobku. Milcząc o sobie, jak sam zapewnia, przez całe życie, teraz pragnie wskazać na pobudki własnej strategii pisarskiej. Kierkegaard jako pisarz chrześcijański przyjął metodę właściwą chrześcijaństwu. Mianowicie wychodzi od refleksji, głębokiego wglądu w życie pisarza estetycznego, następnie wkracza w stadium pisarstwa właściwego dla poety etycznego, aby na końcu podjąć się zadania pisarza religijnego, wcielić się w postać człowieka, który zrywa/strząsa z siebie, niczym płaszcz podróżny lub kostium aktora, to, co różnicuje, co dzieli, co analogiczne, przeanalizowane i wielokrotnie zreflektowane, aby wreszcie stanąć w prostocie chrześcijańskiej drogi refleksji i zostać prostym chrześcijaninem. Droga właściwa poecie, mówi Duńczyk, w punkcie wyjścia roztrząsa to, co uwidacznia się w swej prostocie/niezłożoności. Poeta estetyczny dąży w kolejnych krokach do coraz wyższego poziomu pogmatwania, do coraz większej finezji analizy problemu przezeń poruszanego tak, aby na końcu otrzymać najbardziej zróżnicowany, wielopostaciowy stopień refleksji. Natomiast chrześcijańska droga jest drogą zstępowania w dół, czyli wychodzi od różnorodnej refleksji a kończy na prostym akcie bycia chrześcijaninem. Tu nie ma już miejsca na spekulację, pozostaje mu tylko stanąć w czynie, dać świadectwo i w ten sposób przejść w etap bezpośredniego komunikowania prawdy. „Komunikacja bezpośrednia” to ruch myśli poza refleksją, bo te, jak pisze Kierkegaard „idą w kierunku tego, co proste”. Kierunek ruchu myśli przyjęty przez Duńczyka jest poniekąd odwrotnością tej preferowanej przez Platona, który kierował je ku górze, lokował myśli ponad światem zjawisk/ruchu, doszukując się w nich – myślach – prawdziwej, realnie istniejącej rzeczywistości, uporządkowanej w system idei ułożonych według stopnia ich ogólności. To na ten świat idei wskazuje Platon, kiedy kieruje swój palec w symbolicznym geście ku niebu na fresku Rafaela Szkoła Ateńska. Dla Sørena prawdziwym światem było to miejsce, w którym dokonało się Wcielenie, a zatem nie niebo, ale ziemia, cierpienie, krzyż, śmierć, grób i dopiero po tym wszystkim wniebowstąpienie. To świat wariabilnych czynów i pojedynczych losów człowieczych wyznaczanych raz przez nędzę, raz przez dostatek. Dlatego nie ma możliwości obrania innego kierunku myśli jak tylko drogi w dół, ku komunikacji bezpośredniej, w kierunku czynu i działania, naśladowania Chrystusa, dzięki czemu wyrazić można znaczenia bycia świadkiem prawdy. A kto inaczej by sądził ten jest kłamcą i w błąd wprowadza.

Kierkegaard zapewnia, że twórczość mająca bezpośrednio religijny charakter była podpisywana jego własnym nazwiskiem, w odróżnieniu od pism estetycznych sygnowanych pseudonimowymi imionami. Pisarstwo estetyczne to jedynie przyczynek, preludium, wstęp do tego, co chrześcijańskie. Zadanie jakie sobie postawił – stać się chrześcijaninem, a tym samym zostać pisarzem na wskroś religijnym, głoszącym chrześcijaństwo w „chrześcijańskim świecie” – ostatecznie zostało sformułowane w Mowach budujących i Nienaukowym zamykającym post scriptum…. Od tej chwili, w jego twórczości, chrześcijaństwo, jako zadanie, nie było już jedynie tłem/prześwitem, ale manifestacją wiary.

Ci, którzy mieliby zostać napełnieni duchem chrześcijaństwa do tych należy zwracać się poprzez bezpośredni komunikat. Natomiast ci, którzy nazywają się chrześcijanami, choć w rzeczywistości nimi nie są, a jedynie mamią siebie, zachwycając się martwą mową nie poświadczoną życiem, a zatem z prawdą nic nie mającą wspólnego, (omam ów winien zostać usunięty, naczynie opróżnione, aby na nowo je napełnić), do nich należy zwracać się w mowie pośredniej, która ma charakter oczyszczający. Dopiero tak przysposobiony pojedynczy człowiek może zakosztować żywej mowy Słowa Bożego i w nim przeglądać się jak w lustrze .

Jego – Kierkegaarda – zadanie stawiało sobie za cel zedrzeć z twarzy współczesnego chrześcijaństwa maski fałszu i zakłamania. I nie o osądzanie i wytykanie palcem kogokolwiek chodziło, lecz o żądanie doskonałości życia pojedynczego, egzystującego człowieka. Tego domaga się autentyczna postawa chrześcijańska, tego domaga się Søren od siebie samego. On sam, jak zapewnia, powinien stać się w pierwszym rzędzie czytelnikiem własnych książek. Pisze je poniekąd, aby siebie sobą zawstydzić i podjąć walkę z niedoskonałościami własnej egzystencji.

Jaka zatem jest jego taktyka?

Otóż, przy pomocy wszelkich możliwych środków wyrazu ukazać chrześcijaństwo jako prawdę i to nawet wówczas, gdyby żaden człowiek nie zechciał wcielić się w szeregi chrześcijańskiej armii, ba! nawet gdyby on sam zarzucił chęć stania się chrześcijaninem. Chrześcijaństwo to żądanie nieskończoności. Jeśli jako pojedynczy dostrzegę i przyjmę w siebie owo żądanie skierowane wprost i bezpośrednio, to zostanie mi ofiarowana nieskończona łagodność, jaką niesie z sobą łaska. Ta zaś ostatnia staje się przeciwwagą dla owej wymagającej i surowej postawy, jakiej domaga się nieskończoność i jaką stanowi chrześcijaństwo. Jednak nie będzie to „tania łaska” o jakiej pisał Dietrich Bonhoeffer w swojej książce Naśladowanie: „Tania łaska to nauczanie o odpuszczeniu grzechów, bez żalu za grzechy i postanowienia poprawy, to chrzest bez podporzadkowania się kościelnej wspólnocie, to Wieczerza Eucharystyczna bez wyznania grzechów, to rozgrzeszenie bez osobistej spowiedzi. Tania łaska to łaska bez pójścia za Chrystusem, łaska bez krzyża, łaska bez żywego Jezusa Chrystusa, który stał się człowiekiem” . Natomiast właściwie rozumiana łaska, to „[…] królewskie władanie Chrystusa, dla którego człowiek wyłupuje oko, które jest przyczyną zgorszenia; to wołanie Chrystusa, na głos którego uczeń porzuca swe sieci i rusza Jego śladem. […] Jest ona droga, bo wzywa do naśladowania, jest łaską, bo wzywa do naśladowania Jezusa Chrystusa; ma swoją cenę, bo zapłacono za nią życiem człowieka, […] Bóg zapłacił za nią życiem swego Syna […]”. Czy Søren Kierkegaard nie podpisałby się pod tymi słowami? Wszak pragnął, domagał się, wręcz żądał od innych i siebie, autentycznej, niezak³amanej chrzeœcijańskiej postawy niczego zaœ co by³oby za bezcen otrzymane, co by³oby pocieszeniem z przeceny, co stanowi³oby tani sakrament, „darmow¹ ³askź bez kosztów”, by³o darmo danym odpuszczeniem grzechów . Aby jednak przystąpić do odnowy własnego ducha, pojedynczy egzystujący musi rozpoznać każdy siebie z osobna jako niedoskonałego, kalekiego, duchowo upośledzonego. Po owym wewnętrznym rekonesansie może stanąć facie ad faciem przed Bogiem, aby odrzucić mądrość tego świata i podjąć się cierpienia za prawdę. Tym samym Duńczyk pragnie wnieść swój sprzeciw wobec fałszywemu ludzkiemu przekonaniu, że wystarczy ograniczyć się do taniości, do tego, co łatwe, niskie, powszechne i po przecenie, aby zadośćuczynić wymaganiom chrześcijańskiego życia, aby bezkarnie nie naruszać hierarchii wartości i tego, co z niższej półki, nie stawiać na miejsce tego, co wyższe, a tego, co wyższe, aby nie redukować do formy pewnego rojenia, imaginacji czy fantazji, która byłaby jedynie egzageracją, jak i aby tego, co niskie nie promować jako mądrości i przyodziewać w dostojność.

W sprawozdaniu ze swej ziemskiej egzystencji, Punkt widzenia dotyczący mojej działalności jako pisarza, Duńczyk zaznacza, iż przez całe swoje życie milczał o sobie jako o pisarzu o proweniencji chrześcijańskiej. Pochodzenie owo narzuciło na niego obowiązek milczenia, służby prawdzie na drodze samozaparcia. Aby zrozumieć sens chrześcijańskiego samozaparcia „wymagana jest wielka bojaźń i drżenie, cisza samotności i długi okres czasu”. Z uwagi na powyższe oraz najbardziej intymny/własny charakter jego wewnętrznej osobowości, Kierkegaard nie może w pełni i wyczerpująco przedstawić własnego stanowiska na swoją pracę jako pisarza. Tego rodzaju nieartykułowalne/niewerbalizowalne uwewnętrznienie Edyta Stein kwitowała krótkim secretum meum mihi. Tę tajemnicę choćby Kierkegaard pragnął ujawnić i wypowiedzieć, to nie znalazłby słów stosownych do jej wyartykułowania. Przypuszczać nam wolno, że on sam nie chciał ujawniać szczegółów owej intymnej relacji powstałej między nim a Bogiem. Został obdarzony przez Stwórcę zaufaniem i otrzymał misję, choć jak wyznaje nie odebrał „oficjalnego czy urzędowego pełnomocnictwa” dla jej wypełnienia, lecz uzyskał je na mocy owej intymnej relacji jaką nawiązał z Bogiem w wyniku intensywnej pracy, wykonanej przez jego duszę i intelekt „w wieczności ciszy, powagi, samotności i spokoju” oraz częstej modlitwy.

Jaki zatem był udział Opatrzności w jego – Duńczyka – aktywności pisarskiej?

„Ten mój stosunek do Boga jest najszczęśliwszą miłością w moim, pod różnymi względami, nieszczęśliwym życiu i jego uciążliwościami” pisze Kierkegaard. Wsparcie i pomoc Boga odczuwa intensywnie. On sam nie pisał pod natchnieniem, ale pod czujnym okiem Opatrzności. Poeci zazwyczaj przyzywają muzy, aby te mogły przynieść im obfitość myśli: „Tego właściwie nigdy nie było, a moja indywidualność zabraniała mi nawet ten fenomen zrozumieć; w przeciwieństwie do tego potrzebowałem Boga codziennie po to, aby się bronić przed bogactwem myśli. Zaprawdę dajcie człowiekowi taką zdolność twórczą, potem jeszcze tak słabe zdrowie, więc w następstwie tego powinien nauczyć się modlić”. Posłuszeństwo Bogu w pisaniu stało się jego – Kierkegaarda – jedynym ratunkiem i radością. Nie był to jednak kontakt bezpośredni z Bogiem na wzór tych, o jakich piszą mistycy chrześcijańscy, nie został również obdarzony świadomością proroków przekazujących, jako wyrocznia Pana, słowa bezpośrednio oznajmione im przez Boga czy to we śnie, czy w czasie ekstazy. Duńczyka relacja z Bogiem miała charakter tylko i wyłącznie refleksyjny. „Bez Boga jestem sam dla siebie zbyt mocny i wewnętrznie rozdarty w sposób, który, być może, jest najbardziej przepełniony cierpieniem”. Kierkegaard przyznaje, iż w momencie, w którym został pisarzem nie miewał dni, w których myśli opuszczałyby go; one trwały przy nim nieustannie wyczekując chwili, w jakiej mogłyby tłumnie rzucić się na jego świadomość. Działo się tak, natychmiast, gdy zasiadał do pisania. On sam zaś wolałby, gdyby choć jeden dzień odczuwał oschłość wyobraźni, niedomiar myślenia, byłby to ten dzień na pustyni, który pozwoliłby mu na odpoczynek. Niestety, cena geniuszu okazała się wysoka, odczuwał wręcz męczarnie, jak sam mówił, z powodu „głodowania z nadmiaru”. Ratunkiem jedynym było posłuszeństwo Bogu, który niespiesznie, z roztropnością i nauczycielskim napomnieniem prowadził jego pióro, nakazując staranność i sumienność w pisaniu każdej jednej linijki. Bóg dla Sørena był również kimś w rodzaju przyjaciela i powiernika. Do Niego zwracał się w chwilach narastającej trwogi i osamotnienia: „[…] być dosłownie samemu w niesamowitym świecie, tak, osamotniony, albowiem wszędzie tam, gdzie byłem: pod okiem wszystkich, albo w cztery oczy z najbardziej zaufanymi, zawsze chodziłem odziany w szatę ułudy – zawsze byłem sam, pozostawałem bardziej niż sam, choć nie mówię o samotności nocy; […]”. Boga i Jego powiernictwo Søren odczuwał nawet w najbardziej niejasnych i akcydentalnych momentach własnego życia; nie było w nim, w jego życiu, przypadkowości, choć on sam nie miał pełnej świadomości konsekwencji decyzji przez siebie podejmowanych. Działanie opatrzności, nadającej jego drodze życiowej określony kierunek, dało się zauważyć dopiero u kresu pisarskiej wędrówki. Kierunek ten stanowił integralną całość między jego osobistym życiem i wiecznością. Podejmując decyzję o pozostaniu pisarzem religijnym, automatycznie oddał się we władanie wieczności, która podporządkowała sobie jego pojedynczą skończoną egzystencję. Droga jego jednak nie rozpościerała się przed nim szeroka i oświetlona. Życie zdawało mu się tworem amorficznym, dopiero po zakończeniu dzieła, ujrzał efekt swojej pracy i był w stanie w pełni uchwycić znaczenie i zrozumieć całokształt swojej twórczości.

Jakiej zatem misji zgodził się podjąć Kierkegaard? Jakiego dzieła pragnął dokonać i w jakim celu?

Oto zadanie: stać się chrześcijaninem w „chrześcijańskim świecie” oraz przywrócić chrześcijaństwu jego prawdziwe oblicze, jego autentyczny wyraz poprzez naśladowanie stając się tym samym świadkiem prawdy.

Zdaniem Kierkegaarda współczesności brakuje religijnego wychowania: „Stać się chrześcijaninem i być nim stało się czymś trywialnym; to, co estetyczne nabrało wręcz dominującego znaczenia: ponieważ »posunięto się dalej« aniżeli do bycia chrześcijaninem (czym każdy już wprost jest), cofnięto się, lokując się w dodatku w udoskonalonej wersji chrześcijaństwa, estetycznej i dodatkowo w intelektualnym pogaństwie”.

Kierkegaard wzywa do porzucenia życia w spekulacji, w świecie fantazmatów i wkroczenia na poziom egzystencji. Również zadanie, jakim jest pisarstwo, musi odejść ze służby spekulacji i systemu, i wejść w zażyłość z chrześcijaństwem. Porzucić system, aby dokonał zwrotu ku Bogu, Chrystusowi i chrześcijaństwu. Służyć można tylko jednemu Panu: albo system, albo egzystowanie w odpowiedzialności przed Bogiem; albo służba pod rozkazami rozumu, albo świadectwo i naśladowanie. Czym bowiem jest system oraz jego idealny i szczęscionośny porządek? Zbędnością wolności i wycofaniem, z życia pojedynczego, świadomych, twórczych aktów, wolnych czynów miłości, samodoskonalenia i ofiarowania, samozaparcia i samego pojedynczego. Chodzi oto, aby zniwelować wszystko to, co naruszałoby w jakikolwiek sposób ów idealny, konieczny, logiczny i powszechny ład, ów samoporządkujący się świat zwalniający od uciążliwości, jakie niesie z sobą dokonywanie wyborów, odciążający od odpowiedzialności, zwalniający z wyrzutów sumienia. Jednomyślność systemu jest jednomyślnością tłumu, masy, z której ludzkie oko nie wyłowi kształtu pojedynczej istoty ludzkiej. Jednak to właśnie w kategorii „pojedynczego” jest nadzieja na ratunek, na zdezorganizowanie i rozbicie owej systemowej masy, skostniałej, zimno-logicznej rzeczywistości. Pojedynczy żyje w świecie, w którym miesza się nędza z dostatkiem, zło z dobrem, miłość z nienawiścią, cierpienie i ból ze szczęściem; to tylko tutaj możliwe są wolne akty i wybory, dokonują się twórcze dzieła, wielkie czyny miłości. Istnieje zauważalna potrzeba, aby zawrócić kierunek biegu myśli ku temu, co proste. Na końcu tej drogi jest już tylko postawa świadomego chrześcijaństwa, jest (dobro)wolny czyn i świadectwo miłości. Jeśli refleksyjność wzmaga swój ruch ku górze, przemierzając kolejne stadia abstrakcji, zmierzamy w prostej linii w kierunku świata idei, doskonałych, totalnych i niemych form świata bez wolności.

Kierkegaard notuje, że „czyny miłości zostają na świecie chętnie wynagradzane i dzięki temu wynagrodzeniu stały się one prawdziwie chrześcijańskimi czynami miłości”, bo przecież chodzi o to w całym tym zamieszaniu, aby miłość zasiać i plon jej obfity zebrać, pomnażając tym samym jej dzieło. Wynagrodzony czyn miłości jest jej odwzajemnieniem, jej zdwojeniem, a nie odebraniem z procentem tego, co się włożyło. Wzajemność nie zakłada bezpośredniej wymiany według zasady „jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”, lecz zobowiązuje do przekazania owego gestu miłości dalej i dalej w kolejne potrzebujące miłości ręce i jednocześnie zachęca do szczodrego obdarowywania. Ziarno miłości rzucone raz, zbiera plon wielokrotny, tysiąckrotny, nieskończony. W tych następujących po siebie gestach miłości przekazywanych z rąk do rąk, widać również doskonale na czym polega powtórzenie w życiu pojedynczej osoby ludzkiej. Poprzez powtórzenia owych codziennych, małych czynności i wielkich czynów wznosimy rzeczywistość jednostkowych, osobistych historii, które tworzą jedną historię świata. My jednak trwamy w złudzeniu, że jakoby podporządkowani jesteśmy historii, że ona nas w jakiś sposób determinuje/zniewala. Dzieje się tak, gdy nie podejmujemy prawdziwie wolnych wyborów, pozwalamy innym na manipulację swoim osobistym życiem, podporządkowujemy się większości, aby pozbyć się ciężaru związanego z odpowiedzialnością za mój własny i wolny czyn. Dodajmy, że rezygnacja z wolności jest również wyborem, bo przecież może się uda przemknąć nie postrzeżenie przez życie… Historia, to dzieje podporządkowywania sobie pojedynczego życia jednego człowieka przez życie drugiego pojedynczego. Owe wszystkie pojedyncze historie stają się z dnia na dzień; dziś wypowiedziane jako „wczoraj” jest historią. Ta zaś jako taka w sensie absolutnym jest agregatem pojedynczych historii życia, całością mniej lub bardziej niejednorodną pozbawioną jednostkowego rysu. Zatem prawdziwe rzeczy widzenie, autentyczna, realna rzeczywistość wydarza się między jednostkami, między ludźmi, w (nie)doskonałości, (nie)logiczności, w absurdzie istnienia. Osobiście, Søren Kierkegaard woli żyć właśnie w takim świecie i od czasu do czasu popadać w sprzeczności w kwestii jego rozumienia niż poddać się totalitarnemu, (bez)wolnemu sposobowi myślenia o rzeczywistości własnej egzystencji.

Wspomniałam już o kluczowym znaczeniu kategorii „pojedynczego” odniesionej do każdego zindywidualizowanego istnienia. Jego sylwetkę Kierkegaard zarysował kontrastując ją z abstrakcyjnym/amorficznym tłumem. Swoje słowa Duńczyk kieruje do mnie i do Ciebie, do pojedynczego Czytelnika. Tylko ja, Ty i on możemy stanowić instancję rozstrzygającą o tym, czym jest prawda na gruncie etyki i wiary. Jednoczenie się ludzi w celu osiągnięcia lub zrealizowania pewnej idei czy przedsięwzięcia jest możliwe i pożądane w doczesności, ze światowego punktu widzenia. Jednak wspólne stanowisko tłumu nie stanowi prawdy w obliczu nieskończoności i wieczności. Ten światowy punt widzenia znosi Boga i wieczność oraz pokrewieństwo „człowieka” z boskością, „[…] przekształca w baśń i na Jego miejscu ulokuje coś współczesnego”. Tłum pozbawia jednostkę odpowiedzialności i skruchy. Jezusa nie uśmiercił tłum, lecz konkretni ludzie. Tłum to bezcielesny abstrakt. Ciało posiadają konkretni ludzie, którzy jako pojedynczy są tchórzami i dopiero, gdy znajdą się w zapewniającym anonimowość tłumie dokonają zbrodni: „[…] Człowiek nigdy się nie urodził i nigdy się nie narodzi mając odwagę, albo czelność do dokonania takiego czynu; i to jest prawda, ale kiedy stał się składnikiem tłumu – wtedy będzie nabierał odwagi – cóż to jest za przejaw straszliwej nieprawdy!”. Bezzasadne przeniesienie tego, co posiada ważność w sensie światowym i doczesnym, a ponadto pewną powszechną obowiązywalność, na płaszczyznę ducha, wiary i religii jest nieprawdą: „[…] prawda nie może oddziaływać z taką fantazją jak nieprawda; ten, który ją głosi jest kimś pojedynczym; dzięki temu jej komunikowanie ma związek z owym pojedynczym; albowiem to jest sposób postrzegania życia; ów pojedynczy ją głosi i właśnie on jest prawdą. Prawdy nie można ani komunikować, ani odbierać poza poniekąd obliczem Boga, poza poniekąd pomocą Bożą, poza nieobecnością Boga, który jest niejako jej pośrednikiem, jako że On jest prawdą”.

Tylko pojedynczy jest świadkiem prawdy, który w tym dokonuje swojego dzieła, ze zadaje się w tym stopniu, w jakim jest to możliwe ze wszystkimi, „[…] ale stale tylko z jednym”. Strategia ta po to została przyjęta, aby osłabić tłum, aby ten i ów pojedynczy zechciał odstąpić od tłumu, udać się w zacisze swego domu w celu przypomnienia sobie siebie jako pojedynczego. Strategia Kierkegaarda nie opierała się na taktyce reformatorów instytucji kościelnych, lecz na strategii reformy jednostki, tej naczelnej kategorii jego filozofii. Naczelnej, z uwagi na rolę jaką Duńczyk jej przypisał. I nie tylko chodziło o rozsadzenie systemu od środka, niejako „zatrucie” go jednostką, nieobliczalnością i alogicznością pojedynczej egzystencji, o czym już pisałam, ale przy jej udziale Kierkegaard miał nadzieję przywrócić chrześcijaństwu jego prawdziwe oblicze, zwrócić je prawowitej instancji – Bogu. Kategoria „pojedynczego” jest kategorią ducha i duchowego przebudzenia chrześcijaństwa. Jego grzeszny upadek polega na tym, że choć niespiesznie i leniwie, to jednak z konsekwencją zagarnął własność do chrześcijaństwa. Zamiarem upadłego chrześcijaństwa było „[…] pozbawić Boga prawa własności chrześcijaństwa i wbić sobie do głowy, że to rodzaj, rodzaj ludzki sam wynalazł chrześcijaństwo, albo że mniej więcej tak było”. Z tej racji „pojedynczy” jest tak istotną kategorią. On nie będzie procesował się z Bogiem w kwestii praw własności do chrześcijaństwa. Bóg musi ponownie dla dobra chrześcijaństwa i pobożności stać się instancją pośrednią, której odpowiada „pojedynczy”. „Jeśli »pokolenie« miałoby się stać »instancją« rozstrzygającą w omawianej tu kwestii, to chrześcijaństwo zostanie zniesione i jeśli nie w ten, to w inny sposób: na przykład poprzez opatrzną, niechrześcijańską postać tego, jak się podaje chrześcijańskie treści”. I tu wskazuje Duńczyk na pewne zagrożenie: jeśli wyrugujemy kategorię „pojedynczego”, w świecie zwycięży panteizm. Każdy kto Boga traktuje z poziomu teorii naukowych prędzej czy później staje się panteistą. Jeden jednak element zawsze rozsadzał będzie od środka ów panteistyczny obraz: pojedynczy stojący przed Bogiem, i jako taki, samotny przed Bogiem, może stać się chrześcijaninem i tylko chrześcijaninem. Pozwolę sobie w tym miejscu na dygresję, polemiczną dygresję, ale moim zdaniem nadzwyczajnie istotną, bo dotyczącą nauki kościoła rzymskokatolickiego. Mając nieustannie w pamięci i uwadze to, co zostało już powiedziane o pojedynczym i jego relacji z Bogiem, skonfrontujmy całość z pewną myślą wizualizującą sposób przyczynowania stworzeń przez Boga u Tomasza z Akwinu. Tenże w Streszczeniu teologii w kwestii 130 pisze: „[…] Bóg jest we wszystkich rzeczach, o ile mają istnienie.

Otóż istnienie jest tym, co we wszystkich rzeczach jest najbardziej wewnętrzne. Zatem Bóg jest we wszystkich rzeczach” . Innym mocnym tekstem Tomasza, o wydźwięku panteistycznym, jest ten, na który wskazuje S. Swieżawski, z Komentarza do Sentencji: „Deus est esse omnium non essentiale sed causale” . Między Bogiem, a stworzeniem zachodzi partycypacja, dzięki której byty przygodne uczestniczą, ale nie stanowią części tego, w czym partycypują. Między Stwórcą a stworzeniem została zachowana więź, bo przecież istnienie jest najbardziej intimum i tym, „co jest najgłębsze ze wszystkiego w każdym bycie, w każdej rzeczy” . Bóg nie tylko daje istnienie, ale i podtrzymuje byt w istnieniu, tym samym przenikając go do jego najgłębszego rdzenia, tkwiąc jako źródło istnienia we wszystkich rzeczach, pozwala, aby rzeczy Nim nasiąkały. Jednak jak pisze S. Swieżawski: „Ogół rzeczy, cały świat nie utożsamia się z Bogiem, ale Bóg jest tym, »w którym żyjemy, poruszamy się, jesteśmy«. To jest właśnie ta prawda, która w języku filozoficznym nazywa się immanencją Boga […]; immanencja oznacza więc, że Bóg tkwi w rzeczach w całości i w każdej cząstce tej całości. A niezwykłą tajemnicą, na którą filozofia wskazuje, ale której nam absolutnie nie może wyjaśnić, jest to, że immanencja Boga łączy się z Jego absolutną transcendencją. […]. A więc immanencja i transcendencja, jedno i drugie w jednakowym stopniu: »tkwienie w« i »wykraczanie poza« – dopiero razem charakteryzują we właściwy sposób stosunek Boga do świata” . S. Swieżawski nie daje nam wyczerpującej odpowiedzi na pytanie jak rozumieć jednoczesną immanencję i transcendencję Boga w koncepcji Tomasza z Akwinu. Filozofia i ludzki rozum, który jest czymś konstytutywnym i najważniejszym w istocie ludzkiej, czymś bardziej fundamentalnym i poprzedzającym samą wolę w człowieku, jak twierdzi Tomasz, nieustannie domagają się rozświetlenia tajemnic, przesuwania granic poznania. Posługując się kategorią „pojedynczego” oraz uznając Boga, będącego samą miłością, jako zasadę metafizyczną i etyczną być może uda się postawić bardziej wyraźną granicę między Bogiem a poszczególnymi istnieniami ludzkimi co do ich istoty. Bóg – Esse Ipsum Subsistens/Samoistne Istnienie, jako przyczyna sprawcza jest nierozerwalnie związany z urzeczywistnionymi stworzeniami, przelewając niejako siebie w nie i zarazem pozwalając na ich udział w Sobie. Bóg pozostawia swój ślad w dziele stworzenia, stawia pieczęć przymierza między Sobą, a nami. Z drugiej strony Bóg przekracza, transcenduje własne dzieło co do istoty. I tu nie czujemy się usatysfakcjonowani odpowiedzią ani Doktora Anielskiego, ani wyjaśnieniami jego znakomitego komentatora. Wydaje się, iż to, co pozwala na wyraźne odseparowanie Boga od stworzenia, to kategoria „pojedynczego”, nierozerwalnie związana z wolnymi czynami miłości, sumiennością i odpowiedzialnością w miłości bliźniego. Miłość nie może dziać się poza osobową relacją, to miłość pozwala przekroczyć metafizykę w kierunku kategorii etycznych, umożliwiając tym samym indywiduację podmiotów miłosnej relacji co do istoty oraz wskazanie na ich wzajemne odseparowanie mimo immanentnego charakteru przyczynowania stworzenia przez Boga, który obdarza istnieniem za sprawą i z racji miłości, którą jest. W wolnym czynie i przez świadomy wybór, co wyraźnie wyartykułował Søren Kierkegaard, m.in. w Czynach miłości, wkraczamy w obszar odpowiedzialności. Dopóki Boga myślimy w kategoriach metafizycznych, dopóty jest On bezosobową zasadą. W chwili przejścia w sferę etycznej odpowiedzialności, stajemy w obliczu pytania o to, przed kim jesteśmy odpowiedzialni, przed jaką instancją? Otóż, jestem odpowiedzialny za swoje czyny przed Bogiem. Tu, w tym miejscu linia demarkacyjna między Bogiem i człowiekiem zostaje ostro postawiona. To, co nie pozwoliłoby koncepcji Boga, nakreślonej przez Tomasza z Akwinu, traktować jako panteistycznej, to kategoria wolnego i świadomego czynu miłości, zarówno jako zasady metafizycznej jak i etycznej. Miłość, nie tylko jest doskonałym wypełnieniem prawa , ale daje możliwość indywiduacji podmiotów owej miłosnej relacji, mogącej wydarzyć się tylko między Bogiem a pojedynczym lub pojedynczymi osobami ludzkimi.

Na koniec pragnę odnieść się do jeszcze jednego fundamentalnego pojęcia filozoficzno-teologicznego w myśli Kierkegaarda i w sposobie rozumienia przez niego samego chrześcijaństwa i egzystencji. Mianowicie chodzi tu o kategorię „świadka prawdy”. W niniejszym tomie zamieszczony został niezwykle ważny tekst, napisany przez Duńczyka w lutym 1854 r. Odnajdzie w nim Czytelnik opisową definicję wspomnianego pojęcia. Ten niewielki artykuł w formie komentarza do kazania, wygłoszonego przed pogrzebem bpa Mynstera, przyjaciela ojca Sørena i domu Kierkegaardów, przez jego następcę bpa Hansa Lassena Martensena, stanowi gwałtowny sprzeciw Kierkegaarda w obliczu zaliczenia zmarłego biskupa do grona świadków prawdy, autentycznych świadków prawdy, którzy jako tacy mają na tyle siły wewnętrznej w sobie oraz mocy wiary, że są w stanie oddać własne dobre imię, majątek, koneksje, rodzinę, wreszcie własne życie właśnie za wiarę i w imię wiary w Chrystusa. Świadek prawdy zamieszkuje drogę, po której kroczył sam Chrystus. Jak pisze Kierkegaard droga ta jest wąska nie tylko dla nas, ona była wąska również dla Jezusa. Pierwszą oznaką tego były narodziny w stajence. A zatem „nie został powołany do panowania [w doczesności]”. Do końca swych dni Jezus żyje „w biedzie, nędzy i poniżeniu”. Na drodze Chrystusowej zamieszkiwało cierpienie – „nieuniknione”/oczywiste, pozbawione nadziei, która umarła jako pierwsza. Każdy inny człowiek, nawet w największej opresji posiada nadzieję, że los jeszcze się odwróci, że przyjdzie wybawienie. Chrystus jednak musiał pójść tą drogą, na którą wkroczenie było ekwiwalencją umierania od samego początku. Również świadek prawdy, jako świadek Chrystusowy musi wejść na tę wąską drogę i to (dobro)wolnie poddać swoje życie cierpieniu, nędzy i poniżeniu a na końcu, podobnie jak to było z Nauczycielem, przejść przez krzyż i grób. Dopiero po niej następuje wniebowstąpienie. Jako autentyczni chrześcijanie winniśmy naśladować Chrystusa; jest to jedyna forma dowodzenia prawd chrześcijańskich, naśladować na wzór Apostołów i pierwszych chrześcijan.

Co spowodowało tak gwałtowną reakcję Kierkegaarda, skąd tak duży opór? Duńczyk wyznaje, że został oszukany: uwierzył bowiem biskupowi, że jest on „człowiekiem z charakterem, człowiekiem z zasadami, człowiekiem, który stoi na mocnym gruncie, kiedy wszystko dookoła się chwieje, podczas kiedy wszyscy się wahają”, tymczasem bp Mynster, przy całej swojej znajomości świata, był słabym człowiekiem pożądającym przyjemności. Sławę swą i pozór wielkości zawdzięcza zaś nieprzeciętnym umiejętnościom oratorskim. Duńczyk dwa razy mówi: był „mojego życia nieszczęściem”. Søren, jak zapewne Czytelnik doskonale wie, został wychowywany przez ojca w duchu chrześcijańskim, z wielką surowością i „na podstawie »kazań Mynstera«”. Przez szacunek dla ojca honorował ów „fałszywy weksel”, jak sam się wyraża, i nigdy go nie oprotestował. Teraz chce wyrazić swe veto. Domagał się szczerości: „Nie jestem ani łagodnością, ani surowością – chcę ludzkiej szczerości”. Liczył, że zanim Stary Biskup umrze szczerze przyzna się w imieniu Kościoła, na którego czele stał przez wiele lat, do odstępstw od idei chrześcijaństwa. Teraz już wiedział, że bp Mynster tego nigdy nie uczyni, zatem powziął decyzję o „ostatnim ataku”, który wywołał wzburzenie i wstrząs w Danii oraz poza jej granicami; szok, z którym świat chrześcijański nie może poradzić sobie do dnia dzisiejszego .

Przeprowadźmy niewielką analizę sposobu rozumienia przez Duńczyka samego chrześcijaństwa oraz kategorii „świadka prawdy”, aby spróbować oddać niezafałszowane przesłanie sprzeciwu Kierkegaarda, który w rzeczy samej nie pisze, że Biskup nie był chrześcijaninem, ale że nie był „prawdziwym świadkiem prawdy”. Chrześcijaństwu Duńczyk przypisał następujące znaczenie: „Chrześcijaństwo jest duchem, duch jest wewnętrznością [w człowieku], wewnętrzność jest subiektywnością, subiektywność z istoty swej jest żarliwością, w swoim maksimum jest nieskończenie osobiście zainteresowaną żarliwością pożądania swojego wiecznego zbawienia” . Dodać należy, dla dopełnienia obrazu, że sama subiektywność jest nastawiona na stawanie się bez widoku na rezultat w sensie doczesności, dlatego chrześcijaństwo jest zadaniem nigdy nie zakończonym/ w stawaniu się, a co za tym idzie żaden człowiek nie może powiedzieć o sobie, że jest chrześcijaninem; może jedynie przyznać, że wie jak nim być, ale czy jest nim, to sprawa Boskiego orzecznictwa . Jak się ma zatem kategoria „świadka prawdy” do chrześcijaństwa jako procesu, jako chrześcijaństwa w tworzeniu? Kategorię „świadka prawdy” opisaliśmy wyżej dość obszernie i wyczerpująco. Kategoria ta jest czymś w rodzaju „idealnego obrazu chrześcijanina” oraz „w swoim maksimum jest nieskończenie osobiście zainteresowaną żarliwością pożądania swojego wiecznego zbawienia”, to wyraz najwyższej sublimacji chrześcijaństwa wyrażający się nie w teorii – jak to zazwyczaj ma się rzecz z ideami, istniejącymi jedynie w sferze intelektu jako fantazmat, a zatem in potentia – ale w sferze etyki i egzystencji, praktyki życia chrześcijańskiego jako realne urzeczywistnienie owej idei. Chrześcijaństwo jest naśladowaniem, drogą, po której winien kroczyć każdy chrześcijanin i większość z nas stara się nie zbaczać z tej drogi, niejednokrotnie pozwalamy sobie na zrzucenie nadmiaru ciężaru, pozostawienie krzyża u kogoś „na przechowanie”, potem żałujemy, zawracamy, bierzemy krzyż, aby ponownie upadać, lecz wracamy na wyznaczony szlak. Jednak świadkiem prawdy nie zostaje każdy chrześcijan, to oczywiste (!), bo do tego potrzebne są najwyższy wyraz samozaparcia i poświecenia, niezłomność wiary, nadzieja wbrew nadziei i bezmiar miłości, które były nie do udźwignięcia ani dla bpa Mynstera, ani dla Kierkegaarda, ani dla większości z ludzi.

Innymi słowy idea chrześcijaństwa przejawiająca się w kategorii „świadka prawdy”, powinna być realizowana/urzeczywistniana przez każdego chrześcijanina, ale nie każdy chrześcijanin staje się świadkiem prawdy. A nawet gdyby ktoś w oczach współczesności zasługiwał na owo miano, to będzie to nieuprawniona ocena, bo ta należy jedynie do Boga. Chrześcijaństwo to proces/stawanie się i nie ma mowy o tym, aby przypisać jakiejkolwiek pojedynczej egzystencji status świadka prawdy dopóki życie trwa; niemożliwe jest to również po jego zakończeniu, ponieważ orzecznictwo należy do Boga i tylko do Niego. Nam pozostaje tylko modlitwa za zmarłych.

Kierkegaard swój gwałtowny protest wymierza, po pierwsze, w bpa Mynstera: chodzi o fakt zaliczenia go w poczet świadków prawdy, przyrównujący go tym samym do najwyższego wcielenia autentycznego chrześcijaństwa, urzeczywistnionego w postawach pierwszych chrześcijan męczenników za wiarę, a do tego powołani są tylko nieliczni i najbardziej ukochani przez Boga . Po drugie, Duńczyk wyraża swą niechęć również do orzecznictwa prof. Martensena, który niejako w imieniu Boga zakwalifikował osobę bpa Mynstera do grona świadków prawdy. A o tym, czy ktoś był chrześcijaninem i w jakim stopniu, orzec może tylko Bóg(!) Sam Kierkegaard podkreśla, że Biskup nigdy w swej uczciwości nie powiedziałby o sobie, że jest świadkiem prawdy. Kierkegaard oprotestował zatem niechrześcijańską postawę tego, który wskazując na kategorię „świadka prawdy” pokazał na jej nieadekwatny ekwiwalent, zafałszowując, w ten oto sposób, prawdziwe, autentyczne znaczenie treści owej chrześcijańskiej kategorii. Po trzecie, o czym wspomniałam wyżej, Søren domagał się szczerości, postawy odważnej/zdecydowanej od bpa Mynstera i innych przedstawicieli Kościoła instytucjonalnego. Sądził, że Stary Biskup jako czytelnik jego dzieł, i niejednokrotnie ich recenzent, przyjmie je jako pobudkę do powrotu jego samego, jako kapłana, oraz Kościoła, na czele którego stał przez wiele lat, w granice autentycznego chrześcijaństwa.

*
Søren Kierkegaard nawoływał swoich czytelników do osobistego zaangażowania w lekturę, do głośnego jej czytania tak, aby każde słowo siłą wdarło się w duszę pojedynczego i w niej roznieciło iskrę, która podsycana systematycznie uczciwą refleksją, uwewnętrznioną modlitwą i milczącym trwaniem w obliczu Boga, mogła stanąć w płomieniach i odtąd gorzeć ogniem podsycającym samego siebie. Czy zapłonie on w Tobie Drogi Czytelniku? Nie wiem, nie ma jednak wątpliwości co do tego, iż lektura dzieł Kierkegaarda wzbudza w nas niepokój, zaczynamy bacznie siebie obserwować, badamy prawidłowość swoich odruchów, częściej przeprowadzamy auto-rewizję myśli i swojej postawy.